Takie pytanie mnie naszło.. Gdzieś na pograniczu sporów o banany:Czy sztuka ma granice?Bo jeśli ma, to gdzie? A jeśli nie ma, to czy wolno próbować je stawiać?Były "Golgota Picnic", "Lego Auschwitz", banany, koncerty Madonny czy Behemota.. Sztuka to działanie na emocjach (zawsze) i prowokacja (niekiedy). To niezakłócony dialog twórcy z odbiorcą, który nie zawsze jest do niego przygotowany. Rzadko kiedy dochodzi do sytuacji, że w sztuce uczestniczą masy. Przeważnie tak nie jest. Ostatnimi, którzy usiłowali to zmienić byli komuniści, ze swym sławetnym "socrealizmem", doprowadzającym do sytuacji w której aktor uczy się kłaść cegły, żeby zagrać epizod murarza. Bo sztuka dla mas jest częściej dosłowna niż alegoryczna. W przenośni uczestniczy mniejsza część społeczeństwa. Dlaczego wspominam o tych masach? Ponieważ ci, którzy granice stawiają, czynią to zawsze dla dobra mas, obrony wartości lub nieskalanych i niewinnych umysłów. A jednak w sztuce masowej jest bardziej disco polo niż filharmonia... Czy powinna zniknąć?Każdy z nas na własny użytek definiuje: czym jest sztuka. Każdy może ocenić (o ile w ogóle zapoznał się z dziełem, które ocenia - co ostatnio nie jest normą). A jednak budzi się we mnie wątpliwość: Czy jedna osoba, instytucja, polityk, minister.. ma prawo oceniać za całość społeczeństwa? I czy efektem tych ocen, nie będzie disco polo w sztuce?Bo to ważne pytania są. To jak: Czy sztuka ma granice?